I kiedy pytają nas, jak to jest, mówimy 👉 czasem straszno, czasem śmieszno. 💚 Piękne jest to, że wzajemnie się nakręcamy pomysłami, a należymy do tych, co to lubią odkrywać nowe I straszno i śmieszno chyba, że sam sobie znicz wyprodukował. Myślę, że jak się wypali to prezes rady ministrów na śmietniku wyląduje. Find helpful customer reviews and review ratings for Historia bez cenzury 5. I straszno i śmieszno - PRL at Amazon.com. Read honest and unbiased product reviews from our users. Jest tak straszno, że już śmieszno. #Wiadomości graja #Dudanaplus bliźniaków z Sieradza, wojsko kupuje #produktpolski (to F-35 nie będzie?), polscy View community ranking In the Top 1% of largest communities on Reddit Trochę śmieszno, trochę straszno. Historia bez cenzury 5. I straszno i śmieszno - PRL by Drewniak, Wojciech - ISBN 10: 8324078606 - ISBN 13: 9788324078608 - Znak Horyzont - Softcover . Dziś na pytanie, kto najbardziej straszy Polaków, odpowiedź wydaje się pewna: politycy. Warto jednak przypomnieć, że kiedyś było inaczej. „Kabaretowe wakacje z duchami" to próba odpowiedzi na pytanie, kto straszył naszych rodaków w całej historii. Oraz jak tamte zjawy i upiory wyglądają w konfrontacji z dzisiejszą rzeczywistością. Barwne widowisko kabaretowe składa się z dwóch części. Bohaterami pierwszej pt. „Strachy na lachy" są polskie duchy, które według legend pojawiały się w majątkach na terenie województwa świętokrzyskiego, na zamkach w Szydłowie, Chęcinach oraz Krzyżtopór. Ten ostatni ma szczególną historię. Zbudowano go w XVII wieku. Miał tyle okien, ile dni w roku, tyle pokoi, ile tygodni, komnat ile miesięcy, a wież tyle co kwartałów. Sufit sali balowej był dnem gigantycznego akwarium. Nad głowami biesiadników pływały złote rybki. Zamkowe stajnie były wyłożone białym marmurem i lustrami. Dziś z tej wielkiej budowli pozostały jedynie malownicze ruiny. Wszystkie te zamki będą tematem opowieści o polskich duchach. Na scenie obok białych dam i rycerzy bez głowy pojawią się „duchy narodu" dawny i obecny, które będą toczyć ze sobą spór. Druga część kabaretonu będzie poświęcona cudzoziemskim zjawom, takim jak Belfegor z Luwru, Dracula czy Frankenstein. Przewodnikiem po zaświatach będzie Łukasz Rybarski z kabaretu Pod Wyrwigroszem. W obu odcinkach wystąpią gwiazdy polskiego kabaretu: Marcin Daniec, Krzysztof Piasecki, Katarzyna Piasecka, kabaret Dno, Noł Nejm (na zdjęciu), Hlynur i Weźrzesz. Kabaretowe wakacje z duchami – Strachy na lachy | tvp 2 | SOBOTA Najgłośniejszy, ale niejedyny, przypadek dotyczy Ostrołęki, gdzie władze samorządowe zabroniły wyświetlania w jedynym w tym mieście kinie głośnego „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego. Z podobnym pomysłem wystąpił jeden z radnych w Ełku. Pomysł odrzucono, ale już w Zakopanem filmu nie zobaczą. Z kolei w Lublinie radni PiS próbowali zablokować pierwszy w tym mieście Marsz Równości. Samorządowcom, którzy wykazują ciągotki do cenzurowania i zakazywania, pragnę przypomnieć, że z Głównym Urzędem Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk pożegnaliśmy się w kwietniu 1990 roku w atmosferze powszechnej zgody i jeszcze powszechniejszej ulgi. Dzisiaj okazuje się, że ta zgoda i ulga była tylko mirażem, bo są środowiska, które teraz zamierzają wykopać cenzurę z grobu i ją reanimować. Dla zwolenników kolejnej ekshumacji z czasów Peerelu mam kilka obrazków, które – piszę to bez wielkiej nadziei – być może nieco ich otrzeźwią. Więcej przykładów Panie i Panowie znajdziecie w znakomitej książce Błażeja Torańskiego „Knebel”. W 1948 roku w warszawskim Teatrze Polskim wystawiono sztukę teatrów Ludwika Hieronima Morstina „Zakon krzyżowy”. Cenzura na przedstawienie się zgodziła, ale sporo w nim zmieniła. W efekcie polskie rycerstwo idące do boju pod Grunwaldem zamiast zwyczajowego okrzyku „Bóg tak chce! Bóg tak chce!” krzyczeli „Lud tak chce! Lud tak chce!”. W XIV wieku szlachta miała iść do boju, powołując się na wolę ludu! Ale było jeszcze śmieszniej, co w swoich „Dziennikach” zrelacjonowała obecna na przedstawieniu Maria Dąbrowska. Gdy w pewnym momencie widzom ukazał się portal krzyżackiej katedry z wizerunkiem Matki Boskiej, widownia zaczęła „frenetycznie oklaskiwać” ten wizerunek. 16 lat później władze komunistyczne postanowiły uczcić 600-lecie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z tej okazji „Trybuna Ludu” wydrukowała nawet akt erekcyjny. Rzecz jasna ocenzurowany – z dokumentu zniknęły słowa „My z Bożej łaski”, a z wyliczenia ziem koronnych, aby nie drażnić sowieckich komunistów, usunięto Ruś. W epoce kolejnego światłego komunistycznego przywódcy, Edwarda Gierka, cenzura interweniowała w ciągu roku średnio 10 tysięcy razy. Jak ujawnił były cenzor Tomasz Strzyżewski, który w 1977 roku uciekł do Szwecji, w latach 70. nie można było informować między innymi o kupowanych na Zachodzie licencjach, o sprzedaży mięsa do ZSRR, wielkości spożycia kawy… Premier Jaroszewicz zakazał wspierania artystów wykonujących muzykę elektroniczną. „To nie jest muzyka” – oświadczył autorytatywnie, pieklił się, że telewizja nadaje serial o cesarzu Kaliguli, dzwonił do szefa telewizji, bo nie podobała mu się telewizyjna adaptacja „Wesela”, i pomstował na inscenizację „Balladyny” Adama Hanuszkiewicza. „Niech nie ruszają klasyki” – perorował. Cenzurowano nawet nekrologi. W końcówce Gomułki, po śmierci Pawła Jasienicy, cenzura skonfiskowała nekrolog od akowców, z którymi historyk walczył w jednym oddziale, z innych wykreślano informację, że był wiceprezesem polskiego PEN Clubu. Czasem jednak cenzura rozluźniała swoje szczęki. Gdy w październiku 1976 roku do Polski przyjechała ABBA, zgodzono się, choć nie bez wielu grymasów, aby Szwedzi zaśpiewali „Fernando”, utwór, który kilka miesięcy po wypadkach w Ursusie i Radomiu powinien się funkcjonariuszom z Mysiej (siedziba cenzury) niezbyt dobrze kojarzyć: „Ile to lat nie miałeś karabinu w swoich rękach/ Czy słyszałeś werble Fernando? Jak dumny byłeś, walcząc o wolność tej ziemi?/ Coś wisi w powietrzu, gwiazdy błyszczą dla mnie, dla Ciebie i dla wolności, Fernando” – śpiewały Anni-Frid Lyngstad i Agnetha Faltskog. Ale cenzura nie dotykała wszystkich. Partyjni bonzowie i ich rodziny mogli oglądać, co im w duszy grało. Stefan Szlachtycz, w latach 1974–1985 główny reżyser telewizji polskiej, opowiadał, że Maciej Szczepański, szef Radiokomitetu, wyposażył sekretarzy KC, ministrów i szefów wojewódzkich struktur partii w magnetowidy, wówczas w Polsce jeszcze nieobecne, i co tydzień zaopatrywał ich w specjalny filmowy pakiet. W jego skład wchodził film niedopuszczony na polskie ekrany przez cenzurę, nowość z Hollywood, film romantyczny dla pani domu, soft porno dla pana domu i bajka dla dzieci. Telewizja ściągała te filmy na tydzień, kłamiąc, że zastanawia się nad ich kupnem, a następnie nielegalnie kopiowała. Lektorem większości filmów – na życzenie żon sekretarzy – był Jan Suzin. Ponieważ próby ocenzurowania „Kleru” mają miejsce wyłącznie w miejscowościach, w których samorządowcy są związani z PiS-em, nie od rzeczy będzie przypomnienie, że szef tej partii powiedział niedawno, że samorząd nie może prowadzić krucjaty ideologicznej. Zabawne, jak bardzo działacze PiS nie słuchają prezesa PiS. Chyba że znają swojego szefa tak dobrze, że natychmiast rozpoznają, których słów słuchać muszą, a których muszą nie słuchać. Niezależny dziennikarz, autor biografii Edwarda Gierka, Wojciecha Jaruzelskiego i Władysława Gomułki pt. „Gomułka. Dyktatura ciemniaków” W końcu kwietnia wpadłem w przygnębienie. Nie żeby dręczyły mnie jakieś większe problemy, bo właśnie przemierzałem pewną wyspę na południu Europy, która ma bardzo luzacki charakter. Ale i tak mnie dopadła chandra. Brakowało mi wiadomości z Otwocka, bo „Linii”, jak na razie, tam nie dowożą. Po powrocie dorwałem się do zaległej lektury i od razu ulga… Wystarczyły dwa numery tygodnika i już wiedziałem, że jestem u siebie w domu. Na początek uraczyłem się opowieścią o odbudowywanym teatrze im. Jaracza. Zapadał się w ziemię przez tyle lat, wreszcie ktoś to zauważył. Po kilku latach zastanawiania się, co z tym fantem zrobić, budynek postanowiono odważnie wyremontować. Praca wre, na projekt wydano 75 tys. zł z naszych pieniędzy i okazało się, że trzeba gwałtownie zmienić oświetlenie i nagłośnienie, bo nic nie będzie widać ani słychać. Ot, taki drobny detal…Tu się nie ma z czego śmiać, przecież projekt przebudowy teatru to rzecz pionierska w świecie. Nie można się pomylić? Kolejny artykuł i… kolejna duchowa uczta. Na dziewięć kamer monitoringu (straszna rozrzutność w 43-tysięcznym mieście) cztery nie działają, a z pozostałych nic nie można odczytać, bo zasłaniają je liście. Za ten projekt zapłaciliśmy 43 tys. zł, plus kolejne ciężkie pieniądze na przestawienie, montaż itd. I tu też nie należy się dziwić usterkom, bo monitoring to jest też rzecz zupełnie unikalna w świecie. Mało kto wie, jak się do tego zabrać. Dlatego gdy czytam, że od maja składowisko Satera ma być „pod okiem kamer”, to jestem przekonany, że obraz będzie najwyższej rozdzielczości. Wszak na wysypisku nie ma liści. Gdy nie ma monitoringu, to policja czuwać powinna tym bardziej. I dlatego od 1 maja będą chodziły po ulicach patrole, ale tylko w piątki i soboty. Na więcej nie ma pieniędzy, poszły pewnie na monitoring… Rozumiem, że poniedziałki, wtorki, środy, czwartki i niedziele należą do „ludzi z miasta” w BMW. Dlatego uprasza się obywateli o niewychodzenie z domu wieczorem poza dwoma dniami patroli policji. Dla własnego bezpieczeństwa. Jak już ktoś musi, to radzę odwiedzać siłownie, na które znaleziono pieniążki. A gdy muskuły nie starczą, zawsze można uciec na rowerze pożyczonym z Karczewa. Tylko co zrobić, jak nam wcześniej zrabują kaucję 50 zł za jego pożyczenie? Ślepe kamery, teatr dla niewidomych i głuchych, policja, na którą nie ma pieniędzy. I śmieszno, i straszno, jak powiadają starożytni Rzymianie. Więcej wierszy na temat: Technologia Jak podały wczorajsze ,, FAKTY ,, posłowie w trosce o ekologię zakazują już w niektórych rejonach opalania mieszkań węglem. Sprawa ma dotyczyć całego kraju. Palić węglem zakazują i co teraz będzie, gdy w kotłowni leży sobie czarny, lśniący węgiel? Posłów nagle ogarnęła jakaś dziwna trwoga, bo na niebie wypatrują olbrzymiego smoga. Dziwne, że ma szkodzić tylko dym z prywatnych domów, a ten z fabryk i zakładów nie wadzi nikomu. Czy górnicy taki zakaz zechcą uszanować, pewnie złapią za kilofy i zaczną strajkować. Azbest ponoć też szkodliwy, trzeba zmieniać dachy, ręce za to zacierają producenci blachy. Tylko środków dziś brakuje na takie przemiany, czym więc teraz dom mieszkalny ma być ogrzewany? Zima się powoli zbliża, mrozem nas przywita, co do pieca przyjdzie wkładać, kto o to zapyta? Włożę wszystko co się zmieści, aby się paliło, nie będę się wcale martwił, byle ciepło było! Jan Siuda Napisany: 2013-10-13 Dodano: 2013-10-13 11:57:27 Ten wiersz przeczytano 1627 razy Oddanych głosów: 21 Aby zagłosować zaloguj się w serwisie Dodaj swój wiersz Wiersze znanych Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński Juliusz Słowacki Wisława Szymborska Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński Halina Poświatowska Jan Lechoń Tadeusz Borowski Jan Brzechwa Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer więcej » Autorzy na topie kazap Ola Bella Jagódka anna AMOR1988 marcepani więcej » "Gazeta Wyborcza" najwyraźniej postanowiła zaatakować plany Ministerstwa Zdrowia, dotyczące nowego programu leczenia niepłodności, opierającego się na naprotechnologii. Wyszło to bardzo nieudolnie. Tekst w dzisiejszym wydaniu dziennika to historia pary, która leczyła się naprotechnologicznie. Kobieta oskarża prowadzącego ją lekarza, że przez niego straciła szanse na dziecko. Chodzi o to, że wykryto u niej raka piersi, a inny ginekolog powiedział jej, że może to być skutek przyjmowania hormonów, przepisanych jej przez naprotechnologa. Nowotwór nie był złośliwy i został usunięty, ale pacjentka nie może odtąd przyjmować hormonów. A skoro tak, to nie może podchodzić do programu in vitro. Ma to być dowód, że naprotechnologia jest winna temu, że para nie będzie mieć dzieci. Smutne to bardzo, bo mamy przecież do czynienia z dramatem ludzi, którzy pragną, a nie mogą mieć dzieci. Z drugiej strony, w tym samym tekście prof. Jacek Kurzawa (który z rezerwą podchodzi do naprotechnologii) przyznaje, że podawanie klomifenu jest często praktyką wszystkich ginekologów - tych, którzy stosują i nie stosują naprotechnologii - a orzekanie, że w tym przypadku lekarz odebrał pacjentce szanse na dziecko, jest zbyt daleko idące. Czyli mamy długą, wzruszającą opowieść o tym, jak napro odebrało szanse na dziecko - z puentą, że właściwie to... nie odebrało. Potem jest jeszcze parę akapitów, dotyczących nowego rządowego programu leczenia niepłodności. Wygląda więc na to, że opisana wyżej smutna historia została potraktowana instrumentalnie jako nieudolnie skonstruowany argument przeciwko planom Ministerstwa Zdrowia. « ‹ 1 › » oceń artykuł

i śmieszno i straszno kto to powiedział